Słuchając Michaela Buble ma się wrażenie, że śpiewanie przychodzi mu bez najmniejszego wysiłku. Operuje swoim głosem podobnie jak pianista najwyższej klasy, który porusza palcami z prędkością i lekkością przypominającą trzepotanie skrzydeł kolibra. Lekko i jakby nie kosztowało go to wiele.
Sława tego niebywałego Kanadyjczyka jest ogromna, dlaczego więc nie udaje się go ściągnąć do Polski? Dobrze byłoby go mieć teraz, kiedy jest u szczytu swoich możliwości. Z dumą zapraszani są tacy weterani jak dziadek George Michael, zdrowy, ale już nie tak świeży Sting, coraz mniej mieszczący się na taborecie Elton John, wątłej rangi Ringo Starr, popielaty Joe Cocker, lekko zagłodzony Rod Stewart. A gdzie ci, którzy teraz, właśnie Teraz, rozpalają do czerwoności, powodują salwy płaczu i palpitacje serc? Ziółek ma w tej kwestii dużo do powiedzenia, ale Buble to nie jego obszar, tak myślę.
Owszem, jest niemal wypas w Polsce, jeśli chodzi o mnogość koncertów, ale nie nabrało to jeszcze wymarzonego rozmachu.
Michael nie pasuje na żaden festiwal, trzeba by dla niego machnąć stadion :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz